Читать книгу: «Płomienie», страница 23

Шрифт:

XII. Sternikiem śmierć

Przyjechałem do Petersburga całkiem wyczerpany. Dwutygodniowa praca przy podkopie561, nieustanne nerwowe naprężenie, wreszcie ostatnie godziny oczekiwania, moment strasznego wzruszenia, gdy ogłuszył nas huk, późniejsza ucieczka, wszystko to wprawiło mnie w stan oszołomienia. Niejednokrotnie doznawałem wrażenia, że we własnej duszy można zabłądzić. Coś niedostrzegalnego, jakieś przelotne wrażenie, blask słońca, odbijający się w pewien szczególny sposób, zapach, jakaś nuta piosenki – wywołują wspomnienie dawno utraconego momentu, czynią go obecnym. Teraźniejszość znika sprzed oczu, a raczej tamto mgnienie staje się teraźniejszością.

Teraz doznawałem wrażenia, że idę znów poprzez pola z tego lasu, w którym leży na żer krukom Adaś. Idę i zapukam znów do naszego okna. Otworzy mi je taka bliska i taka cudownie daleka dziewczyna. Usłyszę znów kroki, które bym poznał wśród tysiąca. Idą ku mnie te oczy stare, mądre, tęskniące, dumne oczy, które nie chcą płakać. Postanowiłem, że muszę tam pojechać, niech się ucieszy staruszek. Ola zobaczy grób matki. Myślałem, czy będzie mogła, czy zechce pojechać. Trzeba będzie jej jednak wyperswadować na jakiś czas drukarnię. Nie wychodziła już na powietrze chyba siódmy miesiąc.

Wyskoczyłem z tramwaju i kupiłem pęczek narcyzów i fiołków. Nie znałem się nigdy na kwiatach i myliłem się zawsze w ich nazwach. Jeszcze jedna, jeszcze druga ulica. Przypomniał mi się Michajłow i postanowiłem mu dogodzić. Przeszedłem na drugą stronę, aby zobaczyć, czy podniesiona jest firanka w trzecim oknie na znak: wszystko pomyślnie. Nagle poczułem, że nogi pode mną drżą: w oknach powybijane były szyby, patrzyły groźne, czarne, poszczerbione.

– Teraz nie trzeba wpaść – myślałem instynktownie. – Oli będę potrzebny. Nie trzeba wpaść.

Wyjąłem bukiecik fiołków i zająłem się umieszczeniem go w butonierce. Serce wyło. Utknęło na mnie czyjeś spojrzenie. Obmierzłe spojrzenie szpiega. Widziałem, że patrzy na mnie jakby z niedowierzaniem. Przeszedłem koło niego niedbale uśmiechnięty. Musiałem ujść jakieś pięćset kroków. Nagle usłyszałem za sobą kroki. Udałem, że poprawiam coś koło obuwia i nieznacznie obejrzałem się: szpieg szedł za mną, spoglądając ku drugiemu trotuarowi; z tamtej strony podążał nazbyt mi znany Aron Vogel. Była to już prawie obława.

– Nie dam się, nie dam się – zacinałem się w decyzji obrony. – Oli będę teraz potrzebny.

Starałem się iść, niezbyt przyspieszając kroku, nie spotykałem żadnej dorożki – wreszcie na przecznicy dostrzegłem tramwaj. Wskoczyłem, spostrzegłem jednak, że Aron wskoczył z drugiej strony, staliśmy na dwóch przeciwległych platformach. Czekałem sposobności. Nagle na trotuarze spostrzegłem Michajłowa. Byłem ocalony. Michajłow pomoże mi zgubić ślad. Zeskoczyłem, nie miałem czasu spostrzec, co się dzieje z Aronem. Dopędziłem Michajłowa i nie zatrzymując się, szepnąłem:

– Gonią mnie.

Michajłow jednym tchem rzekł:

– Wejdź pod numer siedemdziesiąt trzy – jest drugie wyjście. Wyjdziesz na Fontankę pod numer jedenaście. Tam też dwa wyjścia, w podwórzu cię spotkam.

W kilka minut wszystko było dokonane. Michajłow stał dziwnie blady. Kiedy spostrzegłem bladość tę, nogi zadrżały pode mną, serce czołgało się, niechaj nic nie mówi.

– Chodź – rzekł Michajłow.

Nie mówiłem mu, że byłem tam, ale widziałem, że patrzy na mnie z jakąś trwogą.

– Ocalał – powiedziałem.

– To już ostatni raz – rzekł Michajłow.

Gdyśmy weszli, otworzyła nam Wołczok. Spostrzegłszy mnie, stanęła osłupiona. Nagle broda jej zaczęła drgać. Po chwili usłyszałem płacz – Wiera szlochała.

– Wołczok! – krzyknął Michajłow.

Oparłem głowę o ścianę – milczałem.

Michajłow położył mi rękę na ramieniu.

– Miszuk, bracie…

– Nie żyje? – zapytałem głucho.

Przeszła długa chwila, zanim usłyszałem:

– Nie.

Siadłem, zacząłem bębnić palcami po stole.

– Miszuk – mówił Michajłow – bracie mój drogi. Przecież lepiej, lepiej, niż długie lata męczyć się w więzieniu.

Drukarnię wzięto w nocy. Nasi stawili opór. Zaczęto strzelać do drzwi. Jedna z kul ugodziła Olę. Złożyli ją w ostatnim pokoju i bronili się dalej. Zginął Żemczużnikow, zginęła Luba Kochanowicz, u drzwi pokoju Oli zastrzelono Mitię. Bronił on wejścia, brocząc we krwi. Już śmiertelnie ranny, położył trupem oficera, wyrwał mu szablę i bronił się, póki nie rozstrzelano go wprost. Wzięto Olę całkiem nieprzytomną. Umarła w trzy dni w szpitalu więziennym.

Siedziałem bez ruchu, patrząc przed siebie i nie widząc nic. Serce zaszło na śnieżne, głuche pola. Myśli wiły się jak ptactwo i padały na śnieg z zamarzłymi skrzydłami. Nieobca przecież była mi chwila ta. Myśl znała ją i po wielekroć badała jej ciężar, chłodnym ostrzem bólu szukała bijącego serca. Waliła się naokół głuchym kamieniem. Znałem przecież chwilę tę, kiedy usłyszę, że już przeminęło życie, skończyło się, wysnuło swoje nici. Starucha Parka562 podaje do ręki kłębek: skończ sam. Śmierć kosi moje pola. Rozpościera się samotność i chłód. Pozostanę sam pod gwiazdami.

Popatrzyłem na Michajłowa i powiedziałem:

– Nic, stary przyjacielu, trzeba dożyć swoje.

Zaczął się czas, kiedy śmierć była nieustannie otaczającą mnie atmosferą. Patrzyłem w oczy żywym ludziom i widziałem, że polegną. Myślałem: przecież to wszystko zginie. Każdy człowiek, gdy myślą siebie obejmuje, już leży w mogile, a upiór jego tylko chodzi po świecie.

Bywał u mnie często Zelman i przesiadywaliśmy nieraz, mówiąc lub milcząc i myśląc, obok siebie całe blade noce. Srebrna jasność wypełniała ulice. Zgiełk układał się. Nie licząc się z zakazami Michajłowa, szliśmy przez wymarłe miasto. I tak, idąc pośród tych domów milczących, pośród kamiennej ciszy, marzyliśmy, że idzie za nami śmierć i sprawia sądy. Zelmana trawiła śmiertelna choroba. Wieczorami przychodziła gorączka i wtedy zaczynał mówić, mówić bez końca, to znowu milczał wyczerpany. Był mi bliższy w tej chwili niż ktokolwiek inny, żył nocnymi myślami ciszy i śmierci. Chodziły za nim moje myśli, słuchając jego słów, jak w jakimś cichym, dającym zapomnienie cieniu. Miałem zawsze przekonanie, że w Zelmanie ginie poeta. Że to, co wyśpiewał on, jest tylko cząstką jego duszy, tą, która oddziela się od niej jakby bez trudu, jak zapach kwiatu. Ale pod tą powierzchnią były inne światy.

– Orły lecące w śmierć – mówił o naszych towarzyszach – jacyście piękni, wy, którzy nie znacie trwogi.

Jego męką było to, że nie zdołał tego piękna wypowiedzieć.

– Oni powinni żyć, oni powinni zostać w słowie. Ballady i epopeje powinien śpiewać o nich lud, o swych bohaterach. Oni powinni zostać. To ich siła przecież największa. Powolne działanie, które zacznie się, kiedy czas przeminie i gdy zostanie pamięć o tych, co śmieli śmiercią swoją budować sprawiedliwość.

Michajłowa niepokoił stan duszy Zelmana.

– Nie rozmarzać się tylko, nie rozmarzać, nie myśleć, jak będzie o nas myślał świat po śmierci. Ani na jedną chwilę nie przestawać myśleć o życiu.

Michajłow nie znał już innego życia prócz Narodnej Woli. Na wszystko patrzał on tylko jej oczami.

– Jednostka sama przez się jest niczym, jest prawie bezsilna. Przemija szybko, jest zbyt krótkotrwała, aby mogła własną swą myśl urzeczywistnić. Człowiek żyje zbyt krótko, zbyt dorywczo dla własnego swego rozumu. Myśl nasza domaga się elementu trwalszego niż nasze własne życie. Stworzyć taki element, stworzyć całość zbiorową, w której nie ginie nic, każda myśl zostaje i działa nadal. Czy my nie żyjemy myślą tych, co pomarli, czy nie żyją w nas święte wspomnienia doświadczenia, cała zrealizowana przez nich wola, czy nie działa wraz z nami energia i myśl pogrzebanych za życia? Narodnaja Wola jest tym właśnie, tym zespoleniem całej energii rewolucyjnej, przeszłej, skrępowanej, żywej.

Bardziej niż kiedykolwiek przestrzegał on ostrożności.

– Nie wolno ginąć bezpłodnie. Kto wie, jakich będziemy potrzebowali sił.

Rozprawiano czasami o tym, co stanie się, gdy:

Grom padnie.

I siądzie milczenie ze skrwawioną piersią

Na rosyjskim tronie,

Gdy pójdzie wieść po całej czarnej ziemi,

Że zginął car,

Że ziemski bóg runął porażony,

Że nad Opatrzność sięga, która rządzi:

Myśl, święta myśl,

Podeptane prawo.

Michajłow nie lubił tych spraw.

– Prowadźmy pracę z całym natężeniem tu i tam. Będziemy słuchać, co stanie się w duszy ludowej na tę wieść, pójdziemy w pierwszym szeregu każdego wybuchu. Będzie trzeba i można, pójdziemy znów w lud ławą. Napotkamy nowy próg – złamiemy go znów, i tak będziemy żyć, tworząc swobodę i łamiąc przemoc.

W kółkach toczyły się spory, czy organizacja ma sięgnąć po władzę, czy wyzyskać ruch liberałów, czy oczekiwać powstania ludowego.

– Główną rzeczą jest – mówił Michajłow – pozostać siłą wierzącą w siebie. Zamknięto nam wszystkie drogi, ujrzeliśmy, że w tych warunkach giniemy zbyt szybko, aby coś zdziałać, musieliśmy sięgnąć po broń i stworzyć moc, którą byśmy sami czuli, że nas osłania. To było ważniejsze niż co innego. Pod osłoną tej mocy my sami, towarzysze nasi przestają się czuć osamotnionymi jednostkami, czują w sobie, nad sobą poważną siłę. Rewolucjoniści powinni umieć samych siebie wychowywać, powinni w sobie własną siłę tworzyć. Przede wszystkim chodziło o to, abyśmy czuli, widzieli moc. Serce zaczyna inaczej bić, myśl inaczej działać. To nie jest zemsta, ani nawet samoobrona, to jest konieczność. Trzeba Rosji rewolucyjnej dać poczucie siły, trzeba, aby wiedziała, że miecz jej poraża, wtedy nauczy się myśleć, jak ten, co miecz trzyma. Rewolucyjna myśl i energia są zgubione, gdy przestają czuć w ręku broń, muszą widzieć swoją potęgę, inaczej przewagę, górę, bierze psychika protestujących w duchu – bezbronnych ludzi. Musimy czuć w ręku los.

– Rządzić przez śmierć – mówił Zelman.

– Dlaczego przez śmierć? Przez potęgę – mówił Michajłow.

Zelman nie sprzeczał się, snuł swoje marzenia:

– Przywołałeś śmierć i oto ona rozwarła swe bramy. Pustka i cisza: drży wiotkie listowie. Stoją w świetle srebrnym gwiazd chłodne wrota śmierci. Zginęliśmy już, my i ty, potężny władco; ty, co ośmieliłeś się tchnieniem śmiertelnym tworzyć zakon życia – oto patrz. Otwarte ciche królestwo. Ona jedna myśli. Poznaj siłę. Ona była władzą, dzisiaj kładzie ci na ramieniu dłoń. Nie ma nic – śmierć, śmierć na tronie.

Pamiętam, jak trwożyły Michajłowa tego rodzaju symptomaty psychiczne. Miał on w sobie do najwyższego stopnia rozwiniętą tę cechę tak rzadką i tak cenną w świecie rewolucyjnym: poczucie całości wszystkich momentów działania, ich zależności wzajemnej. Gdy którykolwiek z nich, oddzielając się od innych, wyrastając nadmiernie, stawał się wyłącznie panującym, odczuwał on to jako zmniejszenie siły rewolucyjnej, jej głębi. Każda jednostronność musi się mścić, bo zaniedbanie wyrasta jako wróg. Rozpoznawał on doskonale indywidualności i umiał je wzajemnie dopełniać, gdy jednak powstawała w czyimś usposobieniu jakaś cecha wyłączna, zagrażająca samemu współistnieniu, odczuwał on to jako niebezpieczeństwo.

Michajłow był żywą myślą organizacji, czuł i myślał zawsze za całość. W tym czasie nie byłem w stanie tego zrozumieć. Nie byłem w stanie widzieć i pojmować tych ludzi, z którymi żyłem, inaczej niż z punktu widzenia mojego nastroju. Nastrojowi zaś temu odpowiadał doskonale punkt widzenia Zelmana, jego wizja pomazańców śmierci. Już nie myśl moja – serce zżyło się z tym, że każdy z tych, kto mnie otaczał, ja sam, my wszyscy żyjemy nieustannie pod grozą zguby, że dnia każdego może zniknąć z naszego koła na zawsze ktoś z tych, kto dziś jeszcze jest pomiędzy nami. Serce nie buntowało się już przeciwko temu, dusza stała już w Charonowej563 łodzi i patrzyła na wszystko chłodnym wzrokiem.

Pamiętam dokładnie, że w tym czasie nie przerażała mnie, nie wstrząsała mną śmierć niczyja. Oswoiłem się z nią tak, że nie mogłem zrozumieć, jak można przywiązywać do niej jakieś znaczenie. Piszę całkiem literalnie: nie mogłem zrozumieć, nie mogę zrozumieć i do dziś dnia, jak można śmierć uważać za nieszczęście. W niej ginie sama różnica, jest ona po tamtej stronie, poza światem rządzącej żywymi sercami doli.

Nie mogę powiedzieć też, abym w tym czasie mocno cierpiał. Zawładnęła mną absolutna obojętność względem wszystkich własnych uczuć. Ból gdzieś był pod zamarzłą powierzchnią, ale myśl świadoma żyła w świecie chłodnej pustki, było to jakieś zamrożenie wewnętrzne, skrzepnięcie osobistości564. Z wielką dokładnością wykonywałem teraz najniebezpieczniejsze nieraz zlecenia. Michajłow był zachwycony moją automatyczną konspiracyjnością. Tichonrawow, który w tym czasie zbliżył się do mnie na krótko, a zawsze opętany był obawą szpiegów, których pragnął zwieść obojętnie znudzonym wyglądem, z zazdrością mówił:

– On teraz chodzi po Petersburgu jak lunatyk.

W tym czasie miałem sposobność zaimponować, jak mi to powiedział on sam, aresztując mnie później, Aronowi Voglowi. Wracałem z Moskwy. W torbie podróżnej miałem przy sobie kilkanaście funtów masy wybuchowej, przy sobie mnóstwo papierów. Gdym dojeżdżał, spostrzegłem z okna, że peron roi się od szpiegów. Aron Vogel komenderował, udając obojętnego widza, przechodząc od jednej grupy do drugiej. Widziałem, jak spojrzenie jego musnęło mą twarz i zatrzymało się. Byłem mocno zmieniony, zgoliłem brodę, przystrzygłem krótko wąsy, miałem binokle565 na nosie. Przy tym ubierał mnie sam Michajłow, starając się dobierać strój do charakteru paszportu, który wydany był na imię jakiegoś kurlandzkiego barona. Michajłow przywiązywał szczególną wagę do jakiejś torebki na papierosy z żółtej palonej skóry, którą zawiesił mi przez ramię. Zdaniem jego była to rzecz, wobec której prysnąć muszą wszystkie podejrzenia agentów. Wsunął mi też do ręki jakąś laskę z herbem i koroną na rączce. Zelman przyglądał się temu i uśmiechał.

– Ja – mówił – już kilka razy zawdzięczam ocalenie śmiertelnej koszuli566. W drodze mam zawsze cały rytualny strój. Przyjeżdżam do hotelu, zaczynam się modlić. Szukano mnie kiedyś po całym miasteczku, wreszcie wpadli do mojego zajazdu. Przebiegli przez mój pokój, nie śniło im się nawet zaczepić mnie. Szukają studenta, a tu jakiś Żyd się modli. Czy może być nihilista w śmiertelnej koszuli? Śmiertelna koszula – dobra rzecz!

– A w tym już u ciebie pewno znowu jakaś alegoria – mruczał podejrzliwie Michajłow, przymierzając mi jakiś „baronowski” krawat.

Teraz moja elegancja oszołomiła widocznie Vogla. Jego manią było nie robić pomyłek. Widziałem jednak, że nie spuszcza wzroku z mej twarzy. Byłem tak obojętny, że czułem, iż tę partię wygram. Szedłem w kierunku Aronka, nie patrząc na niego, o pięć kroków od niego sięgnąłem ręką do kieszeni i postawiłem torbę na ziemi.

– Ach, mój Boże – i podnosząc torbę, podszedłem do starszego żandarma. – Popilnuj tego – powiedziałem – ktoś mi wyciągnął portfel. Większy zostawił, mały wziął. Tam jest rodowód mojej klaczy, sfałszują mi teraz konia. No, kto tu jest od tego?

Pięć czy dziesięć minut zajmowałem żandarma, jakiegoś dygnitarza kolejowego portfelem, wyszedłem, obiecując sutą nagrodę. Żandarm wniósł torbę za mną do powozu, wspomniałem mu od niechcenia, że klacz ma właśnie kupić jego cesarska wysokość, wielki książę Aleksy Mikołajewicz. Żandarm stał wyprostowany, nie śmiał odetchnąć. Przechodziłem przed samym nosem Vogla, mówiąc do urzędnika:

– Kręci się tu tyle podejrzanych figur, o, uważa pan, na przykład ten – mówiłem, wskazując na Vogla – zaręczyłbym, że to jest złodziej.

Urzędnik spojrzał i nachylił się ku mnie.

– Wręcz przeciwnie, jaśnie panie, to – i szepnął mi do ucha: – tajny agent. Oni tu na kogoś polowali, ale nie udało się, widać, straszne czasy, panie baronie, straszne czasy. Brak zasad.

Siadłem w dorożkę i odjechałem. Vogel nie zajmował się mną już od dłuższej chwili. Gdym przyjechał, Michajłow nie posiadał się z radości.

– Myśleliśmy, żeś stracony. Był donos. Kletocznikow567 za późno się dowiedział i po czasie już nas ostrzegł. Vogel wyruszył z obławą.

W tym czasie przeciekałem istotnie policji, jak się to mówi, między palcami jak woda. Tichonrawow miał rzeczywiście słuszność, był to jakby lunatyczny sen. Michajłow obserwował mnie bacznie. Obchodził on się w tym czasie ze mną z kobiecą dobrocią. Knuł całe spiski, aby sprawić mi jakąś przyjemność. Marzeniem jego było, abym wyjechał.

– Odpocząć musisz.

Sama myśl wyrwania się z tego środowiska przerażała mnie. Tu jedynie była zrozumiała, możliwa do zniesienia ta grobowa pustka. Tu, w tym powietrzu walki i zguby serce nie śmiało tęsknić. Powiedziałem to Michajłowowi. On zrozumiał, odtąd nie nalegał więcej.

Wieczorami przychodził do mnie Tichonrawow. Był to niepospolity, przenikliwy umysł. Powinien był on zostać wyłącznie pisarzem, teoretykiem, myślicielem. W tym czasie był on znużony i szukał. Widziało się dokładnie, jak męczy się jego myśl, szukając argumentów. Jeszcze wola trzymała na uwięzi myśli i uczucia, ale już rozpościerała się w nim blada niewiara. Myśl pracowała w kierunku wskazanym przez chwilę, ale nie był to już jednolity zapał. Nie mógł on już zaginąć w żadnej myśli, czuć się nią. Była to zawsze jego myśl. A znużona dusza widziała jeno568 przypadkowość argumentów, przekonań. Była poza tym wszystkim samotna i oziębła. Czytał on w tym czasie Hartmana569, zajmował się teorią poznania i coraz rozpaczliwsze, coraz węższe zataczał sam w sobie kręgi, jak zahipnotyzowany ptak.

Człowiek powinien wiedzieć, że filozofia, myśl, literatura nie są w stanie go zmienić, że wychodzi on z nich tym samym, czym jest. Zasadniczym jest stosunek człowieka do życia – tym, czym on jest w stosunku do żywych ludzi, do realnego, zmysłowego świata, do samego siebie. Michajłow wiedział to i dlatego właśnie czuł niebezpieczeństwo, ilekroć zaczynał ktoś sam siebie myślowo przeinaczać. Mnie on uważał za chorego i szanował za siłę, którą sam siebie trzymam na uwięzi. Na Tichonrawowa patrzył z niepokojem i współczuciem.

– Rzuć, Tigrycz – mówił – rzuć, odpocznij. Rzuć wszystko, zmęczyłeś się.

Ale Tichonrawow nie mógł rzucić. Nie mógł odejść na stronę, bo nie wiedział, czy wróci, nie wiedział w ogóle, dokąd się ma schronić. Bronił się przeciwko poczuciu bezcelowości, bronił się, jak mógł, i my patrzyliśmy na to, nie mogąc mu pomóc. Ze mną rozmawiał o śmierci. Nie godziliśmy się ze sobą. Ja żyłem tylko wiarą w śmierć, w jej nieuchronność. Tichonrawow szukał i kołatał myślą, czy nie otwiera się tam jakaś nowa droga, prowadząca do nieznanych źródlisk. Śmierć była dla mnie tłem ogromnym, na którym mogłem jeszcze mieć myśli. Tu życie było utracone. Tam wyrastał świat myśli, tylko myśli, ale myśl w nim tylko mogła żyć.

Zelman filozofował:

– Człowiek umiera ciągle, umiera, choć nie wie. Lepiej jest umierać, wiedząc. Tworzyć samemu swój obraz taki, jaki będzie. Tworzyć to, co zostanie z nas: groźna, żelazna legenda mocy i zniszczenia.

– Obraz gdzie? – pytał Tichonrawow.

– W myśli pokoleń, żyć będziemy w nich jak bogowie. Trzeba żyć tak, aby nasze działanie pośmiertne było takie, jakiego chcemy.

– A dla nas – mówił Tichonrawow – a dla nas?

Zelman wzruszał ramionami, on nie pojmował samego pytania postawionego w ten sposób.

– Rozumiesz – mówił – my będziemy w myśli żyć, myśl pokoleń żyć będzie, patrząc w nas, i z nas czerpać wolę. Cóż jest śmierć nasza? Ten marmur, lodowiec, kryształ, z którego my wykuwamy własne swe posągi. W śmierci my wieczni. Tacy, jacy będziemy stać w jej świetle, będziemy żyli. Trzeba stworzyć celową, działającą śmierć. Trzeba, aby każdy nasz czyn był czynem poruszającym duszę, która będzie wspominać nas. Weszliśmy w kraj, gdzie się przyszłość stwarza. Weźmy młoty i kujmy poza czasem, poza nami, kujmy duszę narodu. Umarli rządzą myślami żywych. Trzeba, abyśmy umieli umrzeć tak, aby nasza śmierć rządziła, jak my zamierzymy.

– Dlaczego śmierć? – pytał Michajłow. – Mówisz dużo rzeczy słusznych, ale dlaczego przypisujesz to śmierci, co jest – życiem? Musieliśmy ukazać ludowi, że ma wolę, że ma prawo, mus, możność chcieć i śmieć. I oto wszystko.

Zelman uśmiechnął się łagodnie:

– Ja wiem – rzekł – że umieram, Aleksandrze, a zawsze miałem w sobie cichego wroga: marzenie. Ja nie mogę nic robić, nie marząc. Nie dość mi jest uczynić, muszę widzieć. Muszę widzieć każdą chwilę i powiedzieć jej: dobra jest. Muszę teraz widzieć śmierć waszą i własną i nauczyć się ją kochać.

– Wybacz – rzekł Michajłow.

– Nie zrobiłeś mi żadnej przykrości – mówił Zelman, nie wypuszczając jego ręki. – Umieram nie z woli własnej, lecz z woli tych ciemnych sił, które przędą życie, myśl i śmierć. Schodzę w noc i czuję nad sobą mus. Nie powinno się ulegać musowi, i ja muszę kochać śmierć, tak jak kochałem morze, miłość, śmiech, tak jak kochałem was przede wszystkim. Bo was kochałem najsilniej. Ja jestem Żyd. I to nie jest przypadek – kocham swoje żydostwo. Kocham nawet takie, jakim jest. Wy nie myślcie, że tam nie ma poezji; gdyby jej nie było – nie byłoby życia. Ona jest, tylko podeptana: jej nie widzi nikt. Ja, z wami żyjąc, mogłem czuć się Żydem i żyć jak człowiek. Zresztą nie za to was kocham. Kocham was za to, że jesteście wy. I gdy będę umierał, będę śpiewał śmierci pieśń o was.

Mówił w uniesieniu, ze łzami w oczach.

– Nie za to kocham śmierć, że dumę strąca mocarzów w proch, nie za to, że jest jak topór świecąca i że jak strzała jest niechybna, świszcząca, ciśnięta z łuku, a w serce godząca, gdzie żyje duszę pokoleń trująca – krzywda.

Lecz za to kocham ją, że duszami włada, jak księżyc falami morza, które szumią i posłuszne ku niemu biegną, tak teraz wasze dusze fal ludowych strzegą i nie dadzą im zasnąć. Wy rządzicie szumem ludowego morza, wy nad nim pozostaniecie, wy – polarna zorza, wy z ciszy śmierci, z milczenia rządzić będziecie, spod kamieni powstaną wasze płomienne imiona i łyskać będą wśród wieczystej ciszy.

Odtąd drżeć będzie tyran; skończona jest władza, wy rządzicie ze śmierci wiecznego wzniesienia, stoicie z piorunami i śmierć wasza patrzy z gwiazd w ludowe morze, on nie zaśnie już, ten orkan krwawy. Jak piorun zawiesicie ponad ludem sławę.

O, pochowajcie mnie na wielkim stepie, by wiatr szemrał nade mną, by mi wołał nad głową waszą pieśń mścicieli, bo odtąd jak księżyca słucha nieśmiertelne morze, tak waszym jest ruch tajemny fal, które huczą w ludzie.

Słuchaliśmy w milczeniu.

Patrzyłem w zimne niebo i nie widziałem nic: na próżno, na próżno błagałem pamięci, by wskrzesiła mi uśmiech Oli. Ja sam w pierwszych chwilach przywaliłem pamięć bryłami ociężałego, ciemnego cierpienia. Michajłow spojrzał na mnie: widziałem, że czyta moją myśl; miałem w tej chwili zamiar wyjść, wyjść na jakiś pusty plac. Ręka już ściskała rewolwer. Widziałem wznoszące się ramię. Chciałem wstać. Michajłow podszedł do mnie i rzekł:

– Chcę ci coś powiedzieć. Wołczok odnalazła fotografię Oli i jej notesik z jakimiś papierami, włosy, które kiedyś żartem kazała dla ciebie przechować, a jeszcze to jedno: Kletocznikow przyniósł wieść, że umierając, mówiła pilnującej ją kobiecie: „Byłam bardzo szczęśliwa i chciałabym podziękować jemu”…

Czułem, że serce się ściska.

– Więcej nic? – spytałem.

– Jest list Oli, teraz możesz słuchać, tylko kilka słów.

„Towarzysze, bracia!

Cieszę się, że żyłam, cieszę się, że miałam tyle, tyle szczęścia; umieram spokojnie, żem chyba nic nie wzięła nikomu. Biedny Mitia zginął. Nie dali mi go pożegnać. Ręka mi się trzęsie… Myśl wstała nagle z jakiejś długiej nocy i wie, że zgaśnie – nie ma sił. Dziękuję ci, Michale, dziękuję ci, Michale, za życie. Nie dajcie mu cierpieć, bracia, proszę was. Wszystkich ściskam was. Patrzę w twoje oczy, Michale, i chcę spać. Nie płacz… nie płacz… Mnie było tak dobrze. W oczy twoje patrzę i zasypiam. Mój Michale”.

Płakałem, biłem głową o ścianę, słuchając.

Michajłow ściskał mnie.

– Płacz… płacz… teraz będziesz żył.

Czasami miało się wrażenie, że nas wszystkich Michajłow kochał jakimś uczuciem macierzyńskim. Byliśmy przecież wszyscy dziećmi jego Narodnej Woli.

W dwa dni po tym wieczorze przyszedł blady i zmieniony. Aresztowano Kwiatkowskiego570, Preśniakowa571. Groziła im kara śmierci. Dowiedzieliśmy się bowiem, że Goldenberg zwariował czy też po prostu dał się oszukać. Wmówiono w niego, że rząd wstępuje z nim w układy. Goldenberg, chcąc dać poznać potęgę Narodnej Woli, w imieniu której miał stawiać warunki, składał całkiem dokładne zeznania. Rząd znał nas teraz wszystkich i mógł policzyć. W papierach Kwiatkowskiego znaleziono plan Zimowego Pałacu. Sala jadalna oznaczona była czerwonym krzyżem. Wzbudziło to niepokój, który przedostał się do prasy. Żelabow w kilka dni jednak potem już, spotkawszy mnie, powiedział:

– Kret ostał się i ryje.

Zimowy Pałac wieczorami gorzał572 od świateł. W podziemiach jego śmierć czaiła się, czekając swej chwili. Od dwóch już tygodni w mieszkaniu służby pałacowej w suterenach kładł co wieczór swą znużoną i zbolałą głowę Chałturyn573 na woreczku z dynamitem ukrytym pod poduszką.

561.Dwutygodniowa praca przy podkopie – mowa o podkopie przygotowywanym w listopadzie 1879 przez członków Narodnej Woli pomiędzy wykupionym przez nich domem pod Moskwą a pobliską linią kolejową. Celem było podłożenie dynamitu pod torami, którymi miał jechać pociąg z carem Aleksandrem II. Zamachu dokonano 19 listopada (1 grudnia wg kalendarza gregoriańskiego), ładunek był jednak zbyt słaby: pociąg uległ wykolejeniu, ale bez ofiar w ludziach. Okazało się ponadto, że pociągiem jechała świta i służba carska, gdyż z powodu awarii lokomotywy zamieniono zwykłą kolejność dwu pociągów, którymi podróżował car z orszakiem, i car przejechał wcześniejszym. [przypis edytorski]
562.Parka (mit. rzym.) – prządka losu, jedna z trzech bogiń przeznaczenia, zajmujących się nicią ludzkiego życia; pierwsza przędła nić, druga nad nią czuwała, najstarsza z nich przecinała ją ostatecznie; w mit. gr. ich odpowiednikami były Mojry. [przypis edytorski]
563.Charon (mit. gr.) – przewoźnik przeprawiający dusze zmarłych przez podziemną rzekę do krainy umarłych. [przypis edytorski]
564.osobistość (daw.) – osobowość. [przypis edytorski]
565.binokle – rodzaj okularów bez uchwytów, mocowanych na nosie z pomocą sprężynki. [przypis edytorski]
566.śmiertelna koszula – tu: kitel, długa, luźna, biała szata zakładana przez Żydów aszkenazyjskich w synagodze oraz podczas niektórych świąt, dawniej także podczas szabatów i in. uroczystości, niekiedy używana także jako okrycie zmarłego (całun). [przypis edytorski]
567.Kletocznikow, Nikołaj Wasiljewicz (1847–1883) – rosyjski rewolucjonista, członek Narodnej Woli; za namową Michajłowa podjął pracę w tajnej policji, przekazywał mu informacje o prowadzonych śledztwach, listy osób podejrzewanych przez policję oraz policyjnych agentów i prowokatorów; aresztowany w 1881, sądzony w tzw. procesie 20, skazany na karę śmierci, zamienioną na katorgę, zmarł w Twierdzy Pietropawłowskiej. [przypis edytorski]
568.jeno (daw., gw.) – tylko. [przypis edytorski]
569.Hartmann, Eduard von (1842–1906) – niem. filozof, głosił teorię pesymizmu historiozoficznego, usiłował pogodzić filozofię Schopenhauera z koncepcjami Hegla i Schellinga. [przypis edytorski]
570.Kwiatkowski, Aleksandr Aleksandrowicz (1852–1880) – rosyjski rewolucjonista pochodzenia polskiego; uczestnik „wędrówek w lud”, współzałożyciel Ziemli i Woli, członek Komitetu Wykonawczego Narodnej Woli; uczestniczył w przygotowaniach do nieudanego zamachu na Aleksandra II w Pałacu Zimowym, aresztowany w 1879, rok później skazany w tzw. „procesie szesnastki” i stracony. [przypis edytorski]
571.Presniakow, Andriej Korniejewicz (1856–1880) – ros. rewolucjonista, członek Narodnej Woli; uczestniczył w przygotowaniach zamachu na cara; w 1880 aresztowany, skazany w tzw. procesie 16 i stracony. [przypis edytorski]
572.gorzeć (daw.) – płonąć; tu: jaśnieć. [przypis edytorski]
573.Chałturin, Stiepan Nikołajewicz (1857–1880) – rosyjski rewolucjonista, członek Narodnej Woli, organizator, razem z Żelabowem, nieudanego zamachu bombowego na Aleksandra II w Pałacu Zimowym (luty 1880); ujęty w marcu 1882 podczas zamachu na znanego z okrucieństwa prokuratora Strielnikowa, skazany i stracony; w trakcie śledztwa nie wykryto, że był również sprawcą ataku na Pałac Zimowy. [przypis edytorski]
Возрастное ограничение:
0+
Дата выхода на Литрес:
01 июля 2020
Объем:
650 стр. 1 иллюстрация
Правообладатель:
Public Domain
Формат скачивания:
epub, fb2, fb3, ios.epub, mobi, pdf, txt, zip

С этой книгой читают